piątek, 26 kwietnia 2013

Niechciany gość...

Nasza kruszyna się rozchorowała. Wymiotowała sobie trzy dni następnie dostała biegunki. Oczywiście kontakt z pediatrami był codzienny bo i panika dość spora. Pierwsza diagnoza z niedzieli - zatrucie (na pewno zjadła coś starego). Druga diagnoza w poniedziałek - tak zareagowała na zmianę mleka (na bank chodzi o mleko). W końcu we wtorek padło słowo które ścięło nas z nóg - rotawirus... Jak przystało na początkujących rodziców - padł na nas blady strach. "Mój ty panie... rotawirus.. to koniec.." Pan doktor poinformował nas, że jak będzie gorączka - to panikować a jak biegunka to się cieszyć. No to czekaliśmy na biegunkę aż przyszła do nas w środę. Tak więc od środy żyjemy w biegunkowej euforii! :) Od wczoraj również padliśmy ofiarą tego niechcianego gościa, dochodzimy już do siebie ale było ciężko.. Dziś nawet zabraliśmy się do analizowania wszystkiego co wiemy nt. rota i okazało się, że wiemy niewiele. Wiemy, że jest szczepionka którą można podać do 3 miesiąca życia i kosztuje około 250 zł za jedną dawkę (a potrzeba przynajmniej 2), wiemy, że ten wirus jest strasznie niebezpieczny dla maluchów (więc trzeba szczepić), że może nastąpić odwodnienie a dziecko wyląduje w szpitalu (więc nadal trzeba szczepić) itd. Generalnie wiemy tyle ile firmy szczepionkowe raczyły nas nakarmić. To w sumie straszne, bo tak naprawdę nie dostalibyśmy zawału kiedy lekarz powiedział "rotawirus" gdybyśmy wiedzieli, że chodzi o jelitówkę! Nie żeby jelitówkę bagatelizować - bo to co jest nieprzyjemne dla dorosłego może być bardzo groźne dla małego, ale byśmy mieli większą świadomość co robić niż skupiać się na panikowaniu "i co teraz" :) Także młody rodzicu wiedz, że rota nie zawsze kończy się w szpitalu, że trzeba dbać by nie odwodnić maluszka i w tym czasie nie podawać mleka (bo często występuje czasowa nietolerancja laktozy). Zachować należy też spokój ciała i umysłu, tym bardziej, że samemu można się zarazić i wtedy tylko spokój może nas uratować w walce z innymi mieszkańcami o kawałek toalety. :)
W związku z powyższym nie pozostaje mi  nic innego niż życzyć Wam wszystkim duuużo zdrowia!! :)

piątek, 12 kwietnia 2013

FAS - alkoholowy zespół płodowy...


Całkiem niedawno byłam na szkoleniu na którym uczono nas jak zdiagnozować i pracować z dzieckiem z FAS (alkoholowy zespół płodowy). Stwierdziłam, że jest to coś o czym się bardzo mało mówi w naszym pięknym kraju gdzie jest tzw. "kultura picia", gdzie nawet ginekolodzy często pozwalają na „lampkę wina”. Niestety nie wiadomo jaka dawka zaszkodzi naszemu przyszłemu maleństwu ani w na jakim etapie rozwoju są jego zakończenia nerwowe i mózg. Dlatego mówi się, że każda ilość alkoholu jest szkodliwa ponieważ łożysko przepuszcza wszystko do płodu - co jemy i co pijemy. Alkohol jest jedną z niewielu używek, której szkodliwe skutki są udowodnione i zauważalne gołym okiem. Prowadząca wręcz stwierdziła, że alkohol jest groźniejszy niż heroina… No tu bym polemizowała. Heroina uzależnia nie tylko psychicznie ale i fizycznie przez co urodzone dziecko jest już uzależnione w bardzo wysokim stopniu i odwyk bywa dość drastyczny. Ma też ono łatwiejszą naturę ulegającą szybciej uzależnieniom niż przeciętne, zdrowe dziecko. Jednakże wg mojej skromnej opinii te dwie używki są na jednym poziomie niebezpieczeństwa dla naszego malucha. Żeby była jasność – żadna używka nie jest dobra w ciąży! Jednakże gdyby pokusić się o jakiś ranking to alkohol i heroina jest swoistym „punktem śmierci” dla neuronów i mózgu naszego szkraba. 

Żyjemy w kraju w którym żyjemy, gdzie alkohol jest dostępny wszędzie i przez wszystkich akceptowany - co może mieć drastyczne skutki. W Polsce pomimo, że widzi się już po urodzeniu, że dziecko ma FAS nadal trudno jest to udowodnić – wystarczy, że matka się zaprze, że "absolutnie nic, nigdy, ani szklaneczki"… No cóż, jeśli się już nam zdarzyło i nie daj Boże urodziło się dziecko z FAS to należy się z tym pogodzić i szukać pomocy u specjalisty by pomóc temu dziecku odnaleźć się w świecie. FAS stwierdza lekarz medycyny ale pomóc może pedagog czy psycholog specjalizujący się w tego typu zaburzeniach. Jeśli zaś rodzic dalej idzie w zaparte a my widzimy po dziecku, że jest to wierutne kłamstwo? Wtedy stwierdza się FASD co może w jakiś pokrętny sposób oczyszcza matczyne sumienie niestety nie pomaga naszemu szkrabowi. W późniejszym czasie dziecku z FASD szkoła nie stworzy odpowiednich warunków do nauki (bo przy FASD nie jest do tego zobligowana) a nasz mały uczeń nie będzie w stanie nadążyć za rówieśnikami (chociażby dlatego, że takie dzieci często mają zaburzenia pamięci krótkotrwałej, zaburzenia koordynacji, mają problemy z nauką – liczeniem, pisaniem, pomimo inteligencji w tzw. „normie”, itp. Itd.). 
(Z dość dokładnym opisem problemów dziecka z FAS można doczytać na wikipedii (sic!))

Ten wpis zamieszczam ku przestrodze! Piłeś - nie jedź! Jesteś w ciąży? NIE PIJ!!

Załączam też zdjęcie dziecka z FAS znalezione w sieci


 oraz link do filmu który polecam obejrzeć: "Wieczne dziecko".

wtorek, 12 marca 2013

AKUKU

W końcu udało mi się znaleźć chwilę by napisać recenzję produktów AKUKU. Jest ona dostępna w zakładce po prawej stronie :) Miłej lektury życzę oraz dziękuję za możliwość przetestowania tych produktów :)

środa, 13 lutego 2013

Kto pyta ten błądzi, czyli prasówka...


Ludzie to niezwykle istoty które zostały wyposażone przez naturę w szereg niezwykle ważnych przymiotów. Najważniejsze z nich, te podstawowe, zostały w nas zaprogramowane tak by pomóc nam przeżyć i znajdują się one najniżej w „piramidzie potrzeb” (jedzenie, sen itd.). Kolejne ujawniają się zgodne z kolejnymi etapami rozwoju. U dzieci widać to najlepiej. Gdy już podstawowe potrzeby są u nich zaspokojone pojawiają się kolejne, a jedną z pierwszych jest CIEKAWOŚĆ ŚWIATA. Co sie z nią później będzie działo zależy w dużej mierze od tego jak pokierują nią rodzice - czy zabiją w zarodku poprzez pełno absurdalnych zakazów i nakazów lub w ogóle zaniedbają czy pozwolą jej na kreatywny rozwój w ramach bezpiecznych i rozsądnych granic. Niekiedy jednak trochę żałujemy swojej własnej ciekawości ale uświadamiamy sobie to dopiero wtedy gdy pytanie juz padnie i niestety otrzymamy na nie odpowiedz. Tak też było u mnie w piątkowy wieczór i w sobotnie popołudnie. W piątek wieczorem, już pod koniec pracy podszedł do mnie mały (nazwijmy go Jasiu) i stwierdził że kolega w pokoju nie chce mu dać zasnąć. I tu wzięła górę moja nieposkromiona ciekawość i zadałam absolutnie absurdalne pytanie - dlaczego. Zdążyłam tego pożałować zanim usłyszałam odpowiedz, a brzmiała ona tak: „bo wyciąga gile z nosa i wciela je w moja kołdełkę”. No i czy mi ta wiedza była potrzebna? Podobnie rzecz się miała w sobotni poranek. Po przebudzeniu się stwierdziłam że dawno nie słyszałam żadnych wiadomości wiec może warto zrobić sobie prasówkę by być na tzw „topie”. Włączyłam wiec internet i przejrzałam wiadomości, a tam ze świata - informacja o skandalu na wyspach czyli jak to wieprzowina okazała sie być koniną i oczywiście trop wiedzie do oszustów mięsnych z polski. No bo jak to tak? Kto inny wpadł by na taki pomysł by zarobić krocie przy jak najniższym nakładzie finansowym? Oczywiście ze Polacy... Swoją drogą ciekawe czemu juz w różnych krajach zarządzono kontrole mięsa a u nas nie. Druga informacja ze świata - niemieccy emeryci padają ofiarami oszustów działających metodą „na wnuczka”. A kto wymyślił tę metodę i ją ciągle wykorzystuje? No przecież że Polacy... Po prostu wyłania mi sie kraj oszustów i tyle. Zdegustowana stwierdzam że koniec z wiadomościami ze świata więc zobaczymy co tam w kraju. A tam 6latek przyszedł na policje bo pijani rodzice wyrzucili go z domu, 3 miesięczne dziecko zmarło w trakcie libacji alkoholowej, 20 latka twierdzi ze urodziła martwe dziecko i przyjechała aż z Holandii (wioząc zwłoki w bagażniku) do lekarza sprawdzić czy aby sama jest zdrowa. Następnie - jest juz akt oskarżenia o zabójstwo dwójki dzieci w rodzinie zastępczej i na dodatek oskarżono innych rodziców o maltretowanie 6miesiecznego dziecka które przepłaciło to życiem. Myślę sobie - gdzie my żyjemy? Albo oszuści albo dzieciobójcy! Więc uparcie szukam jakieś innej, alternatywnej informacji żeby w miarę przyzwoicie rozpocząć dzień. No i znalazłam - mordercza brzoza smoleńska miała prawie o trzy metry więcej niż raporcie Millera... No to kanał. Do oszustów i dzieciobójców można dorzucić spiskowców i już wiem że to będzie kiepski dzień. Z takimi informacjami nic tylko z radością przystępować do kolejnego radosnego dnia w którym będę mogła kreatywnie rozwijać ciekawość mojej niuni...

wtorek, 5 lutego 2013

Poszukiwanie pracy część II

Po pierwszej, bardzo ciekawej i można powiedzieć, że udanej przygodzie z poszukiwaniem pracy, stwierdziłam, że jednak to nie dla mnie. Jednak problem pozostał i trzeba było mimo wszystko jakoś sobie z nim poradzić. No więc myśląc o tym, że chyba już czas zabrać się za wysyłanie CV odebrałam telefon czy nie chciałabym podjąć pół etatu popołudniami. Rewelacja, nie muszę martwić się o nianie, żłobek czy inne równie ważne rzeczy tylko mogę się zamieniać przy opiece nad niunią z kochańszym :) Jedyny minus - widzę kochańszego tylko późnym wieczorem ale za to mamy dla siebie weekendy a młoda jest tak zaopiekowana, także nie muszę się o nic martwić.
Po pierwszym dniu w nowej pracy nasunęło mi się kilka bardzo głębokich myśli którymi chciałam się z Wami podzielić. Przede wszystkim porównanie z poprzednią pracą - no cóż okazuje się, że praca w biurze rozleniwia, zabija (przynajmniej u mnie) twórcze myślenie i szybką reakcję. No i czas pracy - za pięć "koniec pracy" w biurze wszyscy maja już wyłączone komputery, wymyte kubki po kawie (które czekają na kolejny dzień i kolejną kawę) oraz czekają już w blokach startowych by o punkt wybiec z biura i cieszyć się wolnością. Wszystkie problemy zostały wylogowane i zamknięte na klucz a my mamy popołudnie dla siebie i rodziny. Moja nowa praca jest inna, z każdej strony czeka mnie próba - cierpliwości, szybkiego reagowania, umiejętności mnożenia w słupkach, poszukiwania pasty i szczoteczki by wyszorować ząbki i innych równie ciekawych rzeczy... A czas pracy? No cóż.. Niby już skończyłaś dyżur i możesz iść do domu, ale jak tutaj iść, kiedy podchodzi do ciebie taki 6letni karaluszek z wielką księgą dżungli pod pachą i patrzy na Ciebie jak ten kot ze Shreka i nagle słyszysz "poczyta mi pani na dobranoc? To moja ulubiona książka..." No i jak? Powiesz - nie no daj spokój już skończyłam wychodzę czy bierzesz karaluszka za rękę, prowadzisz do łóżeczka pakujesz go i jego kompanów z pokoju i zaczynasz czytać o przygodach Mowgliego i jego kompanów? Jak myślicie? Otóż właśnie to robisz. Nie trwa to długo, bo maluchy padają jak muchy a ja wracam do domu trochę później niż powinnam ale zadowolona, że pierwszy dzień minął mi w tak udany sposób. Całuję moją śpiącą królewnę i mogę cieszyć się kochańszym i być z niego dumna, że tak świetnie poradził sobie z małą :)

niedziela, 27 stycznia 2013

Biegniaj mamo, biegnij...

No tak, dziecko raczkujące wymaga wiele, o wiele więcej niżby się to mogło wydawać. Moje dziecko aktualnie nie ma czasu na jedzenie, spanie i inne banały bo jest tyle do odkrycia!! Niuna , jak się okazało, należy do typu poszukująco - ciekawsko - szperającej także nie ma zmiłuj. Przynajmniej do wysokości metr jest teraz porządek... Bo skoro się raczkuje i tyle ciekawych rzeczy spotyka się po drodze, to czemu od razu też nie wstawać i wyrzucać wszystko co się napatoczy. Nasza skromna kolekcja płyt CD, wi-fi, dekoder najwyraźniej stoją nie w tym miejscu co powinny. Nie mówiąc już o gazetach czy innych ciekawostkach, które oczywiście nie są zabawkami (najwidoczniej zabawki są "passe"). Po dwóch tygodniach walki poddałam się i po prostu biegam na czterech z małą na podłodze, więc nie ma się co łudzić, że wracając do domu kochańszy znajdzie coś do jedzenia.. Nawet dokupiliśmy zapasowy pilot, bo nasz jest najsmaczniejszy na świecie. No i mamy pierwszy ząbek!! Także niunię łatwo znaleźć - po śladach wszelkich rozrzuconych produktów oraz ścieżce ze śliny.

I podsumowanie - czego nauczyłam się przez ostatnie 8,5 miesiąca... Nauczyłam się cierpliwości, stania na nogach po 17 h na dobę, robienia wielu rzeczy jedną ręką, składania wózka, wyszukiwania nowych miejsc w mieszkaniu w których mogłabym schować rzeczy "na zapas" i inne "przydasie", picia kawy zbożowej i herbaty ziółkowej, gaworzenia, grymaszenia oraz cieszenia się ze wszystkiego. Nauczyłam się też odkładania rzeczy na miejsce, najlepiej metr nad ziemią oraz gdzie jest przód pieluszki i po co są chusteczki nawilżane. Wiem sporo o butelkach, kaszkach, zupkach, mleczkach, laktacji, przewijakach i innych ciekawych akcesoriach oraz po co są te małe nożyczki ze śmieszną, zaokrąglona końcówką. Przez sen potrafię śpiewać alfabet i liczyć do 10, znam nowe piosenki i kilka kołysanek, wiem gdzie się wyrzuca zużyte baterie oraz do czego można wykorzystać zapachowe worki na psie kupy oraz woreczki śniadaniowe. Generalnie moje najukochańsze na świecie maleństwo nauczyło mnie wielu ciekawych i przydatnych rzecz..

A to dopiero początek...

piątek, 4 stycznia 2013

Niech żyje Nowy Rok!:)


Tak to właśnie jest. Człowiek się naczyta, nasłucha, naogląda i niby tyle wie. Ale jak już dojdzie co do czego to stoi pogrążony w panice i bezradnie patrzy na to nasze skarbeństwo i ciężko wydobyć go z tej dziwnej apatii. Inaczej mówiąc, niby wiem, że 38 stopni to nie jest jakaś wielka gorączka i niby wiem, jak ochładzać szkraba a jednak kiedy obudziłam się rankiem 2 stycznia i zobaczyłam ten mały piekarniczek ze szklanymi oczkami wbitymi nietomnie w ścianę i te wielkie łzy spływające po polikach, jednym słowem żałość po całej linii - zgłupiałam. Wiedziałam, że coś trzeba zrobić, jednak panika wzięła górę i przez moment miałam ogromną pustkę w głowie. Dość szybko udało mi się wyrwać z mojego odrętwienia i ruszyć małej na pomoc. Rozebrana do rosołu przytulona do mamy a ja na telefonie – szybka rejestracja do lekarza, ponowne – lekkie ubranie, zapakowanie do auta i jechana. Dzięki Bogu 3 dniowa wirusówka, nic groźnego i dość łatwego do leczenia. Ale co się strachu najadłam to moje ;) Problem polega też trochę na tym, że nie jesteśmy przygotowani do takiej „zimy”. No bo jak to tak – w kombinezon ubrać przy plusie? A jak za zimno ubiorę to co dalej? Podobno lepiej zimniej niż przegrzać, ale czy na pewno? No i mam tu oto takie dylematy na początek roku. Mam nadzieję, że u Was wszystko w porządku, rok zaczął się w zdrowiu i wszyscy są zadowoleni, czego Wam i sobie na ten Nowy Rok życzę ;)

niedziela, 30 grudnia 2012

Święte święta i jeszcze świętsze po..

Pierwsze święta niuni miały być idealne. Wymarzyłam sobie że stworze jej taka magię świąt jak co roku dla swoich bliskich stwarzały świąteczne faszystki typu Monika z „Przyjaciół” czy Izzie z „Chirurgów”. Miało być pięknie, kolorowo, rodzinnie, ciepło i przede wszystkim mega świątecznie. Oczywiście, jak to u nas, wyszło jak zwykle czyli mogę spokojnie zakwalifikować te święta jako najgorsze ever. Dzień przed wigilia, jak wiadomo, dość mocno przymroziło. Dodatkowo załapaliśmy się na świąteczny gratis w formie awarii ciepłej wody i ogrzewania. Ostatnio mamy szczęście do takich gratisów od miasta, wszystkie większe awarie nas dotykają. No i tak z 21 stopni w pokoju małej nagle zrobiło się 18 i nie wyglądało jakby chciało wzrosnąć. No to co zrobiła matka polka lepiejąca (po dwóch nieprzespanych nocach za to z całą lodówką pierogów zwykłych i pieczonych)? Otóż wpadła w panikę! Bo ma pewno, ale to na pewno tak wychłodzi pokój, że to nasze małe, lekko kaszlące cielę zapadnie na bliżej nieokreśloną chorobę. Także chcąc nie chcąc (bardziej nie chcąc jak chcąc) kochańszy zapakował rzeczy do auta, dodatkowo niunie, psa  i moją szanowną osobę i pojechaliśmy ma noc do rodziny. Rodzina okazała się być zimnolubna wiec suma sumarum wyszło na to samo ale przynajmniej miałam spokojny umysł. Niestety niemożna tego powiedzieć o niuni, która pierwszą noc poza domem przeżyła bardzo niespokojnie. W dzień wigilii wróciliśmy do domu koło 11 i co pokazywał termometr? 18 stopni... Na bank dzięki odwilży… Potem było już tylko gorzej czyli rajd po rodzinie aż w końcu mała z tego nadmiaru wrażeń się pochorowała. Generalnie lipa straszna. Ale już mam pewność, że na kolejne święta po prostu wyjedziemy gdzieś daleko i będziemy leżeć do góry brzuchem :)
Swoją drogą teraz czekają nas pierwsze Sylwestra, mam nadzieję, że one nie będą tak drastyczne w skutkach.

W razie co chciałabym życzyć wszystkim wesołych po – świąt i udanego, o wiele lepszego Nowego Roku! Mam nadzieję, że mi się uda prowadzić bloga bardziej systematycznie, planuję go trochę „przeorganizować” także testy, nagrody i inne gadżety były na innych stronach ;)

Pozdrawiam wszystkich i dobranoc!

środa, 19 grudnia 2012

Recenzja spotkania Lady Mama "Spotkanie mam maluszka".


Waga: podobna jak przed efektem jojo :D
Mąż: jeden
Niemowlę: jedno
Pies: jeden
Prezenty: zrobione
Porządek:… dobrze, że w tym roku wigilia nie u nas…

Recenzja spotkania Lady Mama "Spotkanie mam maluszka".

W sobotę wybrałyśmy się (we cztery) na spotkanie mam z maluszkami, organizowane przez Lady Mama. 
Można spokojnie powiedzieć, że i tym razem żeśmy się nie zawiodły. Ilość brzdąców przygłuszała wypowiedzi zaproszonych gości (nagłośnienie tym razem wymiękło) i stworzyło lekkie zamieszanie ale mimo to spotkanie uważam za bardzo udane.

Tematyka dopasowana idealnie do młodych rodziców (nie tylko mam). Pierw były panie z miniżłobka Calineczka. Niestety nie wiem o czym mówiły, ponieważ akurat w tę sobotę na mieście był szal zakupów oraz niezła śnieżyca. Także jadąc na warsztaty utknęłyśmy pod Galerią Bałtycką i troszkę się spóźniłyśmy ;/ Więc zacznę jeszcze raz: według rozpiski pierw były panie z Calineczki. Kiedy wpadłyśmy zmechacone pogodą i korkami była już przerwa. Rzuciłyśmy się więc do kawy, była pyszna, jednak nie zdążyłyśmy już na żadne ciastko (podobne były przepyszne)... W trakcie przerwy skorzystałam z okazji i podeszłam do stoiska Multibanku. Było kilku konsultantów którzy w skrócie opowiedzieli o funduszu inwestycyjnym dla dziecka. Bardzo fajna sprawa, przed porodem już się tym interesowałam, jednak nie znalazłam zbyt wielu ofert na rynku co zaskutkowało tym, że założyłam małej konto oszczędnościowe i staram się tam przelewać pieniążki na jej przyszłość. Teraz widzę, że banki znalazły tu swoja niszę i obok funduszy inwestycyjnych dla dorosłych (by coś odłożyć dodatkowego do emerytury) proponują też fundusze dla maluchów. Jednak widać było, że konsultanci nie do końca byli przygotowani na taki zlot człapajacych pod nogami maluszków. Odniosłam wrażenie, że są lekko skołowani, co absolutnie nie wpłynęło na ich nie naganną prezentację ;) Po przerwie dwóch Panow z Multibanku opowiedziało o swoich produktach. Następnie była pani logopeda i na końcu pani psycholog. Opowiadały o rozwoju dziecka, na co zwrócić uwagę, pani logopeda wspominała też o wpływie smoczków na mowę dziecka a pani psycholog poświeciła chwilę by wspomnieć, że wizyta u psychologa z maluszkiem nie musi być traumą i o tym jak dalej pokutuje przekonanie, że skoro idzie się do psychologa to na pewno coś jest nie tak z maluszkiem. Racja, pamiętajmy - wizyta u psychologa wiosny nie czyni a może pomóc w dobraniu jak najlepszej metody wychowawczej, która zaprocentuje w przyszłości.

Co do gadżetów – te same co na wcześniejszym spotkaniu tyle że bez parasolki ;( Czyli zestawy kosmetyków Wibo oraz próbki Pharmaceris. W Wibo znów zasuszona maskara ale reszta kosmetyków jak najbardziej rewelacyjna;) Ponieważ było znów mniej mam niż się zapowiedziało można było dobrać sobie po jeszcze jednym zestawie Wibo i próbek. Konsultanci z Multibanku dodatkowo przygotowali niespodzianki w formie misia „Dla mistrza oszczędzania” oraz kredki! Fajna sprawa takie kredki ;)


Ponownie gratuluję organizatorom!

A na poczcie:
W końcu przypłynęła do nas rybka Nemo - nagroda w konkursie na FB Miasto Dzieci:


A w poniedziałek zawitały u nas nowe deserki Gerbara do testowania ;) A w nich: 4 słoiczki i 24 jogurciki;) Jogurciki o smaku: naturalny oraz naturalny z morelą. Słoiczki: jabłuszko z biszkopcikiem oraz delikatne jabłuszko z bananem i czarną porzeczką:


Mała już testuje, także wyniki niedługo ;)

czwartek, 13 grudnia 2012

Mali wymuszacze i strzał w kolanko…


Okazuje się, że nasza niunia nie ząbkuje jeszcze, po prostu znalazła sobie sprytny sposób na pozyskanie miejsca w naszym łóżku. Generalnie od urodzenia spała w swoim łóżeczku i nie widziała w tym nic nadzwyczajnego, do czasu kiedy mojego kochańszego zaczęły boleć plecy na tyle, że nie mógł siedzieć przy łóżeczku niuni czekając aż uśnie. Z tego względu wziął ją i położył obok siebie w dużym łóżku i tak, wtulona w tatę, zasnęła po raz pierwszy. To był nasz początek końca, inaczej mówiąc strzeliliśmy sobie w kolanko  jeśli chodzi o wspólne wieczory i szybki sen niuni. Po tygodniu się rozbestwiła. Kiedy próbowaliśmy utulać ją do snu starym sposobem zaczęły się jęki, protesty i inne ciekawe rzeczy które wzięliśmy za ząbkowanie. A miny miała chwytające za serce, biedna i zrozpaczona, więc znów lądowała w dużym łóżku. Sprytne to maleństwo takie, zanim się zorientowaliśmy co się dzieje mała już miała swoje miejsce między tatą a mamą. Mój kochańszy stwierdził, że koniec. Wracamy do początku, czyli do łóżeczka, bez względu na to jak długo to będzie trwało. I tak pierwszego dnia zabawa w łóżeczku, zanim sen błogi małą zmorzył, trwała 1,5 godziny. Drugiego już tylko godzinę, trzeciego i czwartego 30 minut. Obyło się bez zbędnych łez i maleństwo znów zasypia tam gdzie powinno. Oczywiście nie jest to radosne zasypianie bez walki! A jakże! Niunia siada, bawi się szczebelkami, metkami, kołderką i czym tylko znajdzie w okolicy rączek. Jednak konsekwencją staramy się by szybko i bezboleśnie znów zasypiała tam gdzie powinna a jeśli ma za dużo energii puszczamy ja na podłogę i pełza sobie po niej aż jest na tyle padnięta, że już w będąc w łóżeczku nie myśli o kolejnych spacerach i innych zabawach ;)

Z innych ciekawych rzeczy – okazuje się, że nasze dziecko woli obiadki gotowane w domu niż kupowane. Prawdopodobnie dlatego, że gotowane w domu posiadają jakiś konkretny smak. I tu też ciekawostka, obyło się bez soli i cukru, których jak wiemy nie powinno się używać gotując dziecku obiadek. Jak więc uzyskać konkretny smak? No więc podpowiedziała mi to moja mama, która buszując w Internecie wpadła na jakieś ciekawe forum, gdzie jedna z mam podzieliła się swoim sekretem na sukces w kuchni dziecięcej. Gotując zupkę czy przeciery czy inne obiadki dodajemy… jabłko ;) Sprytne prawda? Kroimy na plasterki, dodajemy do gotującego się wywaru i uzyskujemy na tyle smaczne danie, że dziecko (tu konkretnie nasze) woli domową kuchnię niż kupną. Fajne rzeczy jednak można czasem znaleźć w Internecie ;)

A co na poczcie?

Tutaj sporo nowości!

Po pierwsze po rejestracji w nowym serwisie Bobovity - bobovita.pl (działa od jakiegoś miesiąca, jeśli wcześniej było się zarejestrowanym to należy zrobić to jeszcze raz) otrzymaliśmy Poradnik żywienia małego dziecka, słoiczek zupki jarzynowej od 4 miesiąca oraz możliwość zamówienia 4 bezpłatnych saszetek mleka następnego Bebiko 2.


Po drugie, z konkursu przeprowadzanego na FB – zestaw startowy próbek kosmetyków Cetaphil (emulsja micelarna– 29 ml, balsam do ciała – 29 ml oraz krem intensywnie nawilżający – 14 g:


Po trzecie HiPP niespodziewanie przesłał nam paczuszkę. Okazuje się, że po rejestracji w klubie maluszka na stronie hipp.pl pierw przesyłane są próbki mleka i łyżeczka następnie co jakiś czas paczuszka dla maluszka, nasza wygląda o tak:


Po czwarte: próbki kremu na odparzenia sudomax (nie mylić z sudocream ;)


Po piąte: suplement diety morwa biała, jest to kolejna przesyłka tej firmy (po Celluoff i Bratek Plus). Otrzymałam ją po zostaniu fanem tych produktów na FB:


I po szóste, ostatnie, jeśli macie prośbę o wzięcie udziału w badaniu konsumenckim z Bebilon i się na nie zgodzicie to weźmiecie udział w rozmowie panelowej na forum. Jeśli w każdym wątku się wypowiecie (a wątków jest niewiele około 9 – 10) można otrzymać nagrodę pieniężną w wysokości 50 zł i dziś właśnie tę nagrodę otrzymałam ;) Fajnie prawda?

A teraz niespodzianka! Ponieważ w ostatnim czasie otrzymałam dość sporo produktów Cetaphil (które gorąco polecam ;) z chęcią oddam zestaw startowy opisany powyżej. Wystarczy powiedzieć mi ile (albo jak) gotować mięsko do obiadków domowych dla niemowlaka (pytam, bo mam z tym mały problem a nie dlatego, że wiem hihihi ;) Czekam do przyszłego piątku, czyli do końca świata, jak przeżyjesz to Cetaphil użyjesz! (21.12.12)

Miłej nocy i do usłyszenia!