poniedziałek, 5 stycznia 2015

Dlaczego dziecko idąc do szkoły głupieje

Odpadłam na dość długo z blogowego świata. Nie mam na to sensownego wytłumaczenia więc pozostaje mi jedynie życzyć wszystkim szczęśliwego Nowego Roku i zabrać się do pracy:)

Na początek dość długi tekst, który mam nadzieję zachęci do refleksji nad tym co się dzieje w szkołach. Pamiętajcie - nie jest to krytyka nauczycieli, bo prawda jest taka, że nawet jeśli by chcieli to wszelkie, bzdurne ograniczenia narzucone odgórnie podcinają im skrzydła.. Mimo to trafiam nadal na kreatywnych ludzi, którzy są dla mnie inspiracją i mam wielką nadzieję, że ten tekst przyczyni się do wdrażania nowych pomysłów i rozwijanie dzieci na przekór kretynizmom żenującej podstawy programowej;)

Miłego czytania! 

„Cele kształcenia – wymagania ogólne
Celem edukacji wczesnoszkolnej jest wspomaganie dziecka w rozwoju intelektualnym, emocjonalnym, społecznym, etycznym, fizycznym i estetycznym. Ważne jest również takie wychowanie, aby dziecko w miarę swoich możliwości było przygotowane do życia w zgodzie z samym sobą, ludźmi i przyrodą. Należy zadbać o to, aby dziecko odróżniało dobro od zła, było świadome przynależności społecznej (do rodziny, grupy rówieśniczej i wspólnoty narodowej) oraz rozumiało konieczność dbania o przyrodę. Jednocześnie dąży się do ukształtowania systemu wiadomości i umiejętności potrzebnych dziecku do poznawania i rozumienia świata, radzenia sobie w codziennych sytuacjach oraz do kontynuowania nauki w klasach IV-VI szkoły podstawowej.” W następnych akapitach czytamy, że zadaniem szkoły jest realizacja programu w sposób skoncentrowanym na dziecku oraz na jego indywidualnym tempie rozwoju. 

Czy tak jest w polskich szkołach? Czy cele postawione odzwierciedlają zapotrzebowanie dzieci? Czy traktowane są one w sposób indywidualny?
 
Nie pracowałam nigdy z tak małymi dziećmi, dopiero niedawno powróciłam do szkoły podstawowej, aktualnie jestem nauczycielem w starszych klasach. Często otrzymuję zastępstwa w klasach młodszych (I-III), zazwyczaj dowiaduję się o tym „natychmiast” więc początkowo nie miałam nic przygotowane na taką ewentualność. Wszyscy zaś mówili – „nie potrzebujesz się przygotować, wszystko jest w podręczniku, który na pewno leży na stole a dzieci Ci powiedzą gdzie są”. Za każdym razem mnie to fascynowało – skoro wszystko jest w książce (lekcja po lekcji wraz ze scenariuszami oraz uwagami metodycznymi) to po co ci wszyscy ludzie kończyli studia, zapisują się na studia podyplomowe skoro to wszystko jest takie proste i nie potrzeba żadnego przygotowania żeby wejść do I, II czy III klasy.  
Mój zawodowy autorytet zawsze mi powtarzał, że powołaniem nauczyciela jest nie tylko suche nauczanie ale i zdolność do refleksji – czym ta nauka jest, jakie korzyści ma ona przynieść naszym podopiecznym i najważniejsze – w jaki sposób będą oni w stanie skorzystać z tego co im przekazujemy. W związku z moim doświadczeniem i tym co spotykam na co dzień w klasach młodszych zaczęłam się zastanawiać co się wydarzyło, że dzieci stają się zniechęcone do szkoły, że coraz więcej jest problemów z zachowaniem na lekcji, że dzieci zaczynają działać mechanicznie wg podanych im wzorów, jednakże gdy zmieni się tylko jedną jednostkę w zadaniu to nie są już w stanie wykonać polecenia „bo tego nie było”.  W lepszym zrozumieniu tego problemu przyszła mi z pomocą moja 2,5 letnia córka oraz dokładne zapoznanie się z programem nauczania na I etapie edukacyjnym.
Czytając podstawę programową i widząc rozwijające się dziecko (i jej rówieśników) nachodzi mnie niepokojąca myśl – czy ktoś kto tworzył podwaliny edukacji w szkole podstawowej ma świadomość tego, że dzieci gdzieś przez te 6 lat swojego życia już były, coś robiły i posiadają pewien zasób i potencjał który należałoby rozwijać dalej. Żyjemy w XXI wieku, gdzie mamy dostęp tak naprawdę do wszystkiego – od technologii (komputery, smarfony, tablety) do interaktywnych zabawek, kolorowych książek. Większość rodziców ma świadomość tego jak  można pobudzać potencjał swojego dziecka – wszechobecne zajęcia z rytmiki, muzyki, kuchenne, plastyczne czy z angielskiego nęcą już rodziców dwuletnich dzieci do inwestowania w przyszłość swoich pociech (czasem wręcz z przesadą). Spora grupa dzieci uczęszcza do żłobków, przedszkoli a następnie wkracza w świat obowiązkowej zerówki, gdzie wprowadza się dzieci do pracy w grupach i powolutku przygotowuje do zajęć szkolnych. W tym czasie panie wykazują się wielką kreatywnością, nie są ograniczane językiem zakazu i nakazu jaki towarzyszy podstawie programowej I etapu edukacyjnego, mogą wprowadzać swoje własne pomysły w czyn i uczyć poprzez zabawę. Następnie dzieci idą do szkoły, gdzie coś się zmienia – nauczyciele przestają wykazywać inicjatywę i cały swój program opierają na tym co otrzymują z wydawnictw. W sumie nie ma się co dziwić, jeśli wg podstawy mają z jednej strony podchodzić indywidualnie i wykazywać się kreatywnością a z drugiej otrzymują odgórny wykaz, który mówi konkretnie co dziecko po klasie 1 czy 3 umieć „musi i powinno” a czego robić „nie może”, zaś wprowadzenie jakichkolwiek autorskich form ponownie „musi” zostać zatwierdzone jako program autorski.
Mój dwu i pół latek potrafi liczyć do 10, wie gdzie jest więcej cukierków w paczce a gdzie mniej, rozpoznaje kilka literek, zna kolory, piosenki i kilka wierszyków. Trochę martwi mnie fakt, że po klasie 1, czyli jako 6-7 latek założono, że dzięki nauce w szkole będzie „rozumieć sens kodowania oraz dekodowania informacji; odczytuje uproszczone rysunki, piktogramy, znaki informacyjne i napisy”. Obawiam się, że przyniesie to skutek odwrotny – moje dziecko zanudzi się i zacznie przeszkadzać, no bo dlaczego miałoby by być zafascynowane czymś, co potrafi już od kilka lat.



Domki dla zwierzątek z Kinder niespodzianki oraz Lego Duplo – każdy kolorowy napis to wg mojego dziecka domek, który odpowiada danej rzeczy – w brązowym domku „kucyk” mieszka kucyk itd. Wprowadzenie do nauki czytania metodą globalną.

Następnie w podstawie dowiaduję się, że po 1 klasie dziecko zna alfabet – to mnie chyba rozbawiło najbardziej. Magia telewizji jest potężna, a programów dziecięcych jeszcze większa. Czasem siadając wieczorem włączamy sobie program z piosenkami dla dzieci, większość z nich to właśnie roztańczony alfabet, alfabet w pociągu czy nawet cała bajka – świat liter. Przeciwnicy TV mają zaś dostęp do zabawek, które od pierwszych dni życia wyśpiewują…  alfabet. Przoduje w tym firma Fisher Price – gdzie prawie każda zabawka (szczeniaczek – ucznia czek, krzesełko  - uczydełko, kula – hula czy inne cuda) prócz tego, że migają, świecą i zapraszają do zabawy to dodatkowo wyśpiewuje alfabet i liczy do 10 (często przy tym pokazuje kształt liter i cyfr w takt piosenki). Idąc za przykładem firmy FP, która przoduje w produkcji i sprzedaży zabawek, inne firmy poszły w jej ślady i efekt jest taki, że wchodząc do jakiegokolwiek domu 1,5 – 3 latka i szturchając cokolwiek na podłodze po raz milionowy całe grono zostaje uraczone alfabetem i wyliczanką. Tu rodzi się pytanie – czy dzieci które od małego mają dostęp do takich rzeczy naprawdę nie znają alfabetu? Wykazują niesamowitą pamięć a nie pamiętają kształtu liter którymi karmione są od najmłodszych lat, więc trzeba im każdą literę wprowadzać pojedynczo?
 
Dziecko po pierwszej klasie, również „interesuje się książką i czytaniem, słucha w skupieniu czytanych utworów, w miarę możliwości czyta lektury wskazane przez nauczyciela”. Dzięki m.in. akcji cała Polska czyta dzieciom rodzice często sięgają po kolorowe książki i czytają je swoim pociechom. Książki są dla maluchów bardzo interesujące – mają kolorowe rysunki, często wydają dźwięki, a potem te maluchy idą do szkoły i co którego nie zapytam to mówią mi, że nie lubią lektur, że są one nudne. Jednakże kiedy zapytać czy lubią ogólnie książki – większość odpowiada, że bardzo - ale swoje, wybrane a nie te szkolne, narzucone. Lektury szkolne mają na celu (teoretycznie) zapoznać dzieci z klasykami, zachęcić ich do czytania a jednak zniechęcają i to na długie lata. A gdyby zrobić kącik z książkami (gdzie byłyby książki wskazane przez dzieci) i je tam puszczać w czasie wolnym lub w nagrodę - nie przyniosło by to więcej korzyści? Czy to naprawdę muszą być książki wskazane przez nauczyciela (patrzy wybrane z listy lektur obowiązkowych)? Bo jak na razie jest to jeden z martwych punktów programu nauczania – jak coś narzuconego może zakończyć się: „interesuje się książką i czytaniem”. Swoją drogą dorosły nie lubi jak mu się coś narzuca a co dopiero dziecko.
„Korzysta z pakietów edukacyjnych (np. zeszytów ćwiczeń i innych pomocy dydaktycznych) pod kierunkiem nauczyciela.” Pakiety edukacyjne są bardzo często w promocji chociażby w pierwszej lepszej Biedronce. Są tam pakiety dla 2, 3, 4, 5 i 6 latka i znikają w półki jak przysłowiowe świeże bułeczki. Skoro znikają i założymy, że są używane zgodnie z przeznaczeniem to skąd pomysł, że trzeba ująć w podstawę programową taki punkt?

Jedno z zadań z teczki 2 latka z pakietu z dyskontu „Biedronka”

„Uczestniczy w zabawie teatralnej, ilustruje mimiką, gestem, ruchem zachowanie bohatera literackiego lub wymyślonego. Rozumie umowne znaczenie rekwizytu i umie posługiwać się nim w odgrywanej scenie. Odtwarza z pamięci teksty dla dzieci, np. wiersze, piosenki, fragmenty prozy.” Może to jest dość odważne stwierdzenie, ale chyba dziecko nie potrzebuje szkoły bo tego się nauczyć? Teatrzyki dziecięce/ kukiełkowe jeśli nie są częścią zabawy w  każdym domu to na pewno dzieci zetknęły się z nim chociażby w żłobku czy przedszkolu. Za to już ze 100% pewnością dzieci uwielbiają się przebierać i znają znaczenie rekwizytu, nie wspominając o wierszykach czy piosenkach, które od czasu jak dziecko zaczyna mówić towarzyszą nam prawie każdego dnia – o ślimaku, lisku i inne. Są też fantastycznymi obserwatorami i mimika rodziców, dziadków czy równolatków nie ma przed nimi tajemnic już we wczesnym życiu, a 2 – 3 latek przedrzeźniający swojego tatę czy mamę jest znany chyba każdemu. Pomimo to autor stwierdza, że jest to coś co powinno znać dziecko dopiero po 1 klasie szkoły podstawowej.
Dotknęłam tu tylko treści nauczania klasy I szkoły podstawowej – edukacji polonistycznej. Ciężko mi się w tym momencie zgodzić z osobami, które twierdzą, że program jest „przeładowany” a dzieci niechętne do nauki. Myślę, że były by chętne, gdyby treści były rozszerzone i nowe, a co za tym idzie – ciekawe. Trudno zainteresować dziecko czymś co już potrafi. Oczywiście utrwalanie czy powtórzenie nigdy nikomu nie zaszkodziło, jednakże skupianie się wyłącznie na powtórzeniach można skutecznie zniechęcić dziecko do treści przekazywanych w szkole a ją samą uznać za nudną. Dzieci zdecydowanie bardziej wolą brać udział w zajęciach poza lekcyjnych, odpłatnych, czym zapełniają sobie skutecznie czas pozaszkolny kosztem czasu dla rodziny czy odpoczynku. Z drugiej strony nie ma się co im dziwić, jeśli po nudnych zajęciach mogą w końcu robić cos co lubią, co ich uczy nowych „fajnych” rzeczy i przede wszystkim jest ciekawe.
Wracając do wstępu i celów edukacji wczesnoszkolnej zaczynam obawiać się, czy aktualnie szkoła wspiera i wspomaga nasze dzieci w rozwoju intelektualnym lub w jakikolwiek sposób przygotowuje do „życia w zgodzie z samym sobą”. Z drugiej jednak strony, zapoznając się z programem nauczania nie mogę oprzeć się wrażeniu, że (wg twórców owej podstawy) być może po prostu trafił mi się mały geniusz a inne dzieci faktycznie potrzebują aż 6 – 7 lat by opanować różne rzeczy tam umieszczone…. :|

czwartek, 10 lipca 2014

MK Cafe czyli spotkania mam karmiących piersią przy kawie.

UWAGA UWAGA OGŁOSZENIE!! :)

Od lipca rusza w Gdańsku samopomocowa grupa mam karmiących piersią. Często na drodze do udanej laktacji stoi tylko brak wsparcia i my chcemy to zmienić. Nasze spotkania będą poruszały tematy około karmieniowe, będziemy dzielić się swym laktacyjnym doświadczeniem i dodawać siły na mlecznej drodze.

Prowadzące:
Anna Rogalska-Bućko Mama 3 letniej blw'owej Łucji i 5 miesięcznego Karola, od ponad 3 lat aktywna mama laktacyjna z doświadczeniem wzlotów i upadków, karmieniem w ciąży i w tandemie, nauczyciel PSNNPR, przyszły dietetyk, prywatnie miłośniczka dobrego jedzenia. Liderka Klubu Mam Gdańsk Morena.

Marta Baj Lieder Mama 6 miesięcznej mlecznej Mariki, logopeda wczesnej interwencji, terapeuta SI, terapeuta ręki, instruktor masażu Shantala i Doradca Noszenia ClauWi, autor książki "Barwy świata". Liderka Klubu Ratatuj na Jasieniu.

Kiedy: 23.07.2014
O której: 10.00 Gdzie: Centrum Terapii Logop ul. Rysia 2, Gdańsk-Jasień

Udział w spotkaniach jest bezpłatny.
Obowiązują zapisy: marta-baj@wp.pl

sobota, 24 maja 2014

Szybka - dwudniowa rozdawajka!:)

Mamy 12%! Dalej zachęcam nawet do niewielkiego wsparcia i udostępniania informacji o zbiórce funduszy na modernizację jedynego placu zabaw na obszarze kilku kilometrów.

Myślę, że dziś jest dobry dzień na wprowadzenie małego dreszczyku emocji:
zapewne każdy z nas ma taki dzień w którym nie może znaleźć długopisu a klucze poniewierają się nie wiadomo gdzie... Dziś i jutro rozdajemy zestaw 2 długopisów z breloczkiem za pięć kolejnych wpłat minimum 5 złotowych. 

Do dzieła!:)

wtorek, 20 maja 2014

Kolejny partner! Nadal możesz się przyłączyc do naszej akcji! :)

Czas na prezentację kolejnego partnera.

Terapia Manualna - Dominik Włoch podarował rabat 40 zł dla 10 osób na godzinny masaż odprężający z dojazdem do klienta, przy wpłacie 80 zł.

http://terapia.projekt-zmiana.pl/
 
Kim jest Dominik i dlaczego warto go poznać?

Dominik jest pedagogiem, którego pasjonują wyzwania i podróże. Pieszo pielgrzymował do Santiago de Compostela, Rzymu, Jerozolimy, Medjugorie oraz Asyżu. Łącznie przeszedł prawie trzydzieści tysięcy kilometrów!

Jest również terapeutą manualnym, certyfikowanym coachem i trenerem twórczego myślenia. Swoimi talentami i doświadczeniem dzieli się z innymi prowadząc spotkania i prelekcje. Jako wolontariusz spędził ponad rok na Madagaskarze pracując w przychodni prowadzonej przez ojców salezjanów. Pomagał najbardziej potrzebującym, opiekował się dziećmi z porażeniem mózgowym oraz ludźmi po udarach i wylewach. Jego ostatnim dziełem jest książka "Małe cuda Boga" wydana w 2012 roku.

Jest to naprawdę ciekawy i wspaniały człowiek. Myślę, że warto się z nim spotkać nie tylko ze względu na rewelacyjny masaż!:)
 
Nadal liczę na wszelką pomoc - w rozgłaszaniu i przy wsparciu. Wystarczy po 5 zł od każdego z nas a dzieciaki w końcu będą miały taki plac zabaw na jaki zasługują!:)
 

niedziela, 18 maja 2014

"Hera, Koka, Hasz, LSD - plac zabaw po nocach mi się śni!"

Na pierwszej stronie Polakpotrafi.pl jest dziewczyna (Karolina Czarnecka), która zrobiła furorę swoją piosenką "Hera, koka, hasz, LSD". Rozpoczęła ona zbiórkę na nagranie teledysku do swojego konkursowego hitu, oczywiście w pierwszy dzień zdobyła 100%, każdego kolejnego dnia miała kolejne setki... Dziś już ma 349% i 16 dni do końca projektu.. Od czasu jak ruszył również nasz projekt (w sumie oba ruszyły w tym samym czasie) mój luby i sąsiedzi chodzą i ciągle śpiewają tą piosenkę. Jest to tak ogromne zjawisko, że od wczoraj niunia zaczęła im wtórować co doprowadza mnie już do lekkiego szału... Kochańszy co prawda nuci to nieświadomie ale widząc moją minę szybko się ogarnął i trochę zmodyfikował tekst, i właśnie on jest naszym dzisiejszym hasłem:
"Hera, Koka, Hasz, LSD - plac zabaw po nocach mi się śni!"

Kolejnym partnerem naszego projektu jest SpoTykalnia stworzona przez Magdalenę Niewęgłowską - psychologa, seksuologa, arteterapeute, twórcy artykułów dla trojmiasto.pl Pomysłodawczyni i założycielka SpoTykalni - przyjaznego miejsca rozwoju twórczego, osobistego i psychoseksualnego dla każdego.


"Spotykalnia" to miejsce spotkań wszelakich...

Z kim?
Z kimś, kto wysłucha, ze specjalistą, z grupą podobnych osób lub zupełnie różnych. Z tymi, którzy już znają rozwiązanie i z tymi, z którymi warto szukać...

Po co?
Żeby zapobiegać nudzie i samotności, rozwiewać wątpliwości, być w kontakcie z innymi, poznać lepiej siebie, poszerzać horyzonty, oswajać emocje...

Jak, gdzie, kiedy?
Przy herbacie, przy wspólnych działaniach, przy piecu, przy muzyce. Czasem w gabinecie,czasem w sali "artystycznej" a czasem w kuchni, przy czajniku ..."


sobota, 17 maja 2014

Akcja modernizacja - dzień trzeci! :)

Hasło na dziś:  

Ranek przywitał nas pięknymi 7% (jeszcze 150 zł i będziemy mieli 10%)! Druga miła informacja to taka, że być może niedługo pojawi się nowy partner projektu! ;) Na ten czas omawiane są szczegóły współpracy, mam nadzieję, że już niedługo podzielę się z Wami tą słodką informacją ;)

Kim jest partner?

Partner to ktoś kto chce nam pomóc zebrać potrzebną kwotę oferując swoje usługi lub rabaty na usługi czy rzeczy materialne w formie gadżetów czy własnych umiejętności w zamian za dobre słowo i reklamę Rozpoczęliśmy projekt z czterema partnerami, mam nadzieję, że będzie pojawiać się ich więcej.

http://2style.pl/

Jednym z partnerów akcji jest studio fotograficzne 2 Style z Gdańska (ul. Świętokrzyska, z nieoficjalnych informacji wiem, że niedługo być może ruszy filia na Gdańskiej Morenie). Studio to posiada szeroki wachlarz usług. Wraz z mężem już niejednokrotnie korzystaliśmy z ich oferty (sesja ślubna, sesja z brzuszkiem czy szybkie wykonanie zdjęć do dokumentów) i jesteśmy z nich bardzo zadowolenie i z czystym sercem możemy polecić to studio każdemu z Was! Zresztą zdjęcia użyte na mojej stronie ciezarowki-gda.pl oraz FB ciężarówek pochodzą właśnie ze studia 2 Style ;)

Właściciel firmy Michał Piotrowski zaoferował dla Was bezpłatne wykonanie kompletu zdjęć (4 szt) do dokumentów (do wyboru paszport, dowód, prawo jazdy, legitymacja) w 2 Style studio dla 30 osób, które zdecydują się wesprzeć projekt kwotą 100 zł i wyższą. Warto się pośpieszyć, jedno miejsce już zostało wykupione;)

czwartek, 15 maja 2014

Ruszył projekt na polakpotrafi.pl - zmodernizujmy plac zabaw! :)

„Wychodząc na przeciw potrzebom mieszkańców Gdańska – Klukowa, Szkoła Podstawowa nr 82 wraz z Radą Rodziców i z Fundacją IDEA opracowała nowy plan zagospodarowania placu zabaw. W założeniu nowy plac zabaw ma być bezpieczniejszy – ogrodzony ze wszystkich stron oraz otwarty dla wszystkich mieszkańców, nawet po godzinach otwarcia szkoły oraz w dniach wolnych od zajęć.”

Kochani – uprzejmie informuję, że nasz projekt przeszedł pozytywnie weryfikację i właśnie ruszył na Polakpotrafi.pl

Zachęcamy do zapoznania się z nim, polubienia, udostępniania, tweetowania, pisaniu o nim na blogach i wysyłaniu maili z informacją do znajomych Oczywiście zachęcamy również do wsparcia, nawet niewielkiego (jak to ujął jeden z uczniów SP 82 „grosik do grosika i uzbieramy na nowego konika!”)!

Jeśli chcesz zostać partnerem projektu wystarczy, że zgłosisz się do nas z usługą, rabatami na usługę, gadżetami (smycze, breloczki, długopisy itd.) i innymi pomysłami które to zostaną przekazane jako prezenty dla darczyńców co zwiększy nasze szanse na powodzenie! 



środa, 14 maja 2014

Co jest i co będzie! :)

Waga: nadal popsuta :)
Żłobek: oby nigdy więcej...
Mąż: nadal jest!:)
Zwierzę: tak sierści, że aż dziwne, że jeszcze nie znikł...

Moje dziecko skończyło 2 lata!! :) Normalnie szok jak to zleciało. Minęło też już pół roku największego zagrożenia infekcjami i ogólnego (niby) "zmęczenia". Objawia się to tym, że jeśli do tej pory myśleliśmy, że mamy bardzo ruchliwe dziecko to teraz mamy już chyba nadpobudliwe psycho - ruchowo hehe;)

Młoda nas codziennie zaskakuje, ma już większy czas skupienia się, coraz większy zasób słów, zaczyna powtarzać prawie wszystko co usłyszy :) Maluje, rysuje, śpiewa, tańczy i wszystko co można sobie wyobrazić to robi. Jedyne do czego nie ma serca to nocnik..




Tak, nocnikowanie, temat rzeka.. U większości trwa to około tygodnia - dwóch.. U nas już ciągnie się nie wiem ile... I chociaż wydaje mi się, że jest już lepiej i powoli widać efekty, dalej uważam, że to było dla niej po prostu za szybko. No ale już trudno - zaczęliśmy, zainwestowaliśmy w majteczki i spodenki oraz zwiększyliśmy pulę miesięcznych wydatków na proszek do prania i prąd więc teraz nie możemy się wycofać;)

No dobra, to był szybki skrót, wiele się ostatnio działo więc jak zwykle pierwszy oberwał blog - bo na niego jest najmniej czasu. Teraz nie będzie już tak łatwo - zaczynamy akcję pt. "Rozbudowa i modernizacja placu zabaw" w jednej z dzielnic Gdańska i relacja z tego projektu będzie się tu pojawiała na bieżąco - bo to będzie moje drugie dziecko i mam zamiar nacieszyć się nim wszędzie gdzie tylko mogę;) Projekt pewnie ruszy na dniach, więc wpis ten traktujcie jako zajawkę;) 



Mam nadzieję, że wszystko się uda, więc trzymajcie za nas i nasz projekt kciuki!!:)

czwartek, 6 marca 2014

Odpowiedzialność moralna rodzica...

Myślicie, że istnieje w tych czasach coś takiego jak odpowiedzialność moralna? Jakaś empatia, jeśli nie do dorosłych osób to chociaż w stosunku do zdrowia i życia naszych dzieci? Ja dotychczas myślałam, że potrafię zachowywać się fair w każdej sytuacji, nie spodziewałam się widocznie co może się przytrafić.

Od września dostałam fajną pracę, cieszę się z niej bardzo :) Jest idealna jeśli chodzi o połączenie pracy i opieki nad małym dzieckiem. Jak już wspominałam w innym poście - niestety nie dostaliśmy się do żłobka publicznego więc zapisaliśmy młodą do prywatnego, niby sprawdzonego, o nienagannej opinii. Wrzesień przeleciał jak marzenie, już myśleliśmy, że wszystko ułoży się w sposób piękny i kolorowy...

Przyszedł październik i pierwsze standardowe choroby - katar, kaszel, czasem gorączka. Jeden antybiotyk, drugi, trzeci.. Pełno diagnoz - zapalenie pęcherza, choroba Bostońska, rotawirus razy 2 i ta dobijająca "wirusówka". W końcu załamana wyprosiłam na lekarzu, żeby odłożył na bok telefon i sprawy przychodni i przyjrzał się dokładnie karcie, no bo w końcu miesiąc gorączki, pełno leków, kupa kasy za burdą a poprawy nie widać, mała jak się męczyła tak męczy się dalej.. Otrzymałam skierowanie do szpitala - może czas na pełniejszą diagnozę. Już przy przyjęciu było wiadomo, że ma zapalenie płuc, powiększone organy i zapalenie spojówek.. A to był dopiero początek.. 

Listopad przeleciał zdecydowanie wolniej, w szpitalu podłączona do rurek, przewodów, kroplówek i dializ z cudownymi lekami i ciągłe badania - coś wykluczyli coś nowego szukają i tak w kółko. Po kilku dniach dostaliśmy pierwszą pewną diagnozę - mononukleoza. Świat się nie kończy, to nic strasznego. Sama choroba w sobie ani straszna ani groźna, jednakże jej skutki... no cóż mogą być opłakane. 

Zanim opowiem o szpitalu pokrótce coś o chorobie:

Mononukleoza zakaźna – choroba wirusowa. Zakażenie następuje przez ślinę (kiedyś nazywana chorobą pocałunków). Długo się wylęga, nawet 30-50 dni, a zaraźliwość utrzymuje się przeważnie do 5 dni od pojawienia się wysokiej gorączki, ale wirus EBV może utrzymywać się w ślinie osoby, która była chora i nadal zarażać do pół roku. Mononukleoza upośledza odporność, dlatego chory narażony jest w późniejszym czasie na liczne infekcje oraz wnikanie patogenów.

No właśnie upośledza odporność, dziecko traci naturalna barierę i ochronę i leży w szpitalu na oddziale zakaźnym, to nie może się skończyć dobrze.. Jak wiadomo obchody są dwa, szpital kliniczny więc można zamienić spokojnie słowo "obchód" na "pochód". 7 ludzi wchodzących z pokoju do pokoju a nasza izolatka na samym końcu. Skutek prawie natychmiastowy- rotawirus. Ale nie jakiś tam rota, rota szczep szpitalny atakujący naprawdę osłabiony organizm. Skutek? Mega odwodnienie, anemia, odchodzenie rodziców od zmysłów + zarażony tata. Po rozmowie z lekarzem prowadzącym następuje zmiana - 2 osoby na obchodzie, dzieci z mono pierwsze w kolejności - ciężej przenieść mono na inne dziecko niż ospę, rota, sepsę na dzieci bez odporności (czyt. z mono)... Po kilku dniach poprawa w końcu zakończenie gehenny i powrót do domu.

Grudzień.. Izolacja... Dziecko ma być w izolacji jak najdłużej się da, najlepiej miesiąc żeby do siebie doszło a pół roku minimum omijać szerokim łukiem skupiska ludzkie - sklepy, kościoły, żłobki.. Młoda ma nową dietę, wszystko bez laktozy - po takim rota jelita mogą dłużej dochodzić do siebie. My też dochodzimy do siebie, kochańszy ma gorzej, przeżył traumę - to on był przy dziecku większość czasu w szpitalu, bo ja w nowej pracy, szkoda ją utracić gdy nagle potrzeba więcej pieniążków niż zwykle. Zaczynamy dochodzenie - kto? Gdzie? Jak? Idę do żłobka, wypisać dziecko - skoro może pół roku zarażać nie chcę narażać inne dzieci na taki stres, tym bardziej, że lekarze twierdzą, że nasza mała przeszła to "na lighcie". Poza tym ma unikać skupisk, odbudować odporność. Rozmawiam z opiekunkami, informuję o chorobie i proszę by wszyscy rodzice zostali poinformowani, pytam - czy jakieś dziecko chorowało na gardło, anginę? Młoda kradła smoczki dzieciom (sama nie miała więc ją ciekawiły), ze smoczkami jest kilka dzieci - może któreś z nich? Drogą dedukcji i grzebiąc w pamięci wychowawczyni przypomina sobie, że jedno z dzieci cały sierpień chorowało na gardło (to angina, to zapalenie - często mylone z mono) - jest trop. Odbieram rzeczy dziecka - kolejny szok. W kubeczkach czarna pleśń - zmywarka od pół roku nie działa, opieka nie jest w stanie ciągle myć i wyparzać kubeczków, ale czemu nie informują rodziców by brali do domu to robić, nie wiem.. Już mnie to nie obchodzi, w sumie sama sobie winna jestem, powinnam prosić raz w tygodniu o kubek i wyparzać go w domu, nie wpadłam na to to teraz mam. 

W domu zaczynam trybić, jak to się stało? Teoretycznie możliwe, że jakieś dziecko przeszło mono tak lekko, że lekarz nie poznał a rodzic nie przestał posyłać do żłobka, z drugiej nie chce mi się w to wierzyć. Dochodzę do wniosku, że żyjemy gdzie żyjemy, że praca staje się najważniejsza a zdrowie dziecka, szczególnie cudzego, mało istotna. Przez mono można stracić miejsce w żłobku a kto by chciał się znaleźć w sytuacji jak my teraz, no bo co teraz? Kto się młodą zajmie, zaopiekuje? Zwalniać się? Prosić mamę by się zwolniła? Co robić... Jestem przekonana, że któryś z rodziców posyłał chore dziecko, może nie wiedział, że dziecko do pół roku może zarażać a może miał to gdzieś.

Styczeń - koleżanka ma trochę czasu... Ma pracę na dwa dni, trzy wolne, lubi małą, mówi, że może przychodzić na zmianę z babcią. Spadła nam z nieba. Zaczynamy się odbijać od dna, młoda wygląda i czuje się lepiej. Wyniki krwi coraz lepsze aczkolwiek anemia jeszcze jest.

Luty, kolejne pobieranie krwi - wynik rewelacja! USG też całkiem niezłe, organy wracają do normy, możemy zacząć szczepić - mamy zaszczepić na wszystko co się da, oczywiście 100% płatne, no bo jak to tak. Z każdej strony kara - L4 na chore dziecko - płatne 80% i groźba utraty pracy. Mleko bez laktozy ma tylko jeden numerek - 1 a w ramach wspierania karmienia naturalnego rząd zakazał promocji czy przecen mleka z nr 1, więc cena nie do przeskoczenia. Szczepionki - ospa, pneumokoki, meningokoki, KZM wszystko po dwie dawki, ceny z kosmosu. No nic dla młodej wszystko, byle zdrowa. Pod koniec lutego po szczepieniu na "koki" zaczyna się znów cyrk - syf poszczepienny, gorączka. Nie wiadomo kiedy złapała znowu katar i kaszel, rzuca nią jak w egzorcyście ale za to gorączka zniknęła. Lekarz raczy mnie uroczym "wirusówka", zaraz dostanę szału, ale z drugiej strony dobrze, że nie zapalenie oskrzeli czy płuc. Damy radę, to dopiero początek w końcu mamy świadomość, że będzie tak łapać wszystko co się podwinie a mimo to ciągle czuję pod skórą pewne napięcie, stresssss.

I tu wracam do początku - myślicie, że istnieje jeszcze jakaś odpowiedzialność, empatia?