wtorek, 20 sierpnia 2013

Tu nas jeszcze nie było...


Ciężko się zebrać (a w szczególności swoje myśli) w wakacje, gdzie powinno się odpoczywać i cieszyć dobrą pogodą. Dlatego też dopiero teraz zamieszczam relację ze spotkań w Klubie Mamy i Taty na Kowalach, gdzie wraz z niunią mieliśmy zaszczyt przez tydzień uczestniczyć w zajęciach.

Nie wiem jak jest w innych miastach bo dotychczas nie zagłębiałam się w temat klubów malucha, ale my mamy coś takiego! :) Jest to genialny pomysł w swej prostocie. Kluby są organizowane przez mamy dla innych mam. Ten konkretny klub ma swoją siedzibę w Gminnym Domu Kultury na Kowalach, czyli posiada super zaplecze dla rozbieganych maluchów. Zajęcia trwały dwa tygodnie na przełomie lipca i sierpnia. Każdego dnia były zorganizowane nowe zabawy dla dzieci oraz spotkania z różnego rodzaju specjalistami (logopeda, prawnik, fotograf itd.). My braliśmy udział tylko w wybranych zajęciach w ostatnim tygodniu w tych „maluchowych półkoloniach” :)
 
Pierwszego dnia, trochę spłoszona, poszłam z małą zobaczyć co to w ogóle jest, z czym to się je i czy poważnie mogę wraz z nią wziąć udział w bezpłatnych zajęciach. Od progu byłam mile zaskoczona, atmosfera która towarzyszyła całemu spotkaniu pozwalała nam na dobre samopoczucie, nie byliśmy tam intruzami a kolejnymi towarzyszami zabaw i odkryć! Każdy uśmiechnięty, powitania z każdej strony ale też brak nagłego zainteresowania „nowymi” i pozostawienie nam wolnej przestrzeni byśmy mogły się oswoić z tym co zastałyśmy. Nikt Cię nie zamęczał od progu regułami, zakazami czy obowiązkami. Odniosłam wrażenie, że jest to miejsce, gdzie każdy jest mile widziany ale też każdy jest odpowiedzialny za to, co po sobie zostawi inaczej mówiąc od progu jest się już współtwórcą tego miejsca. Zasady proste i banalne, czyli odnoszące się do zasad dobrego wychowania i współżycia społecznego nic więcej, uśmiech, dobra zabawa i wzajemna życzliwość to już każdego własny dodatek ;)

W tym dniu nie brałyśmy udziału w żadnych zajęciach, spędziłyśmy czas w „pokoju zabaw” gdzie oswajaliśmy się z nowym miejscem, innymi rodzicami i dziećmi oraz nowymi i dotąd nie wylizanymi zabawkami. Niunia biegała jak opętana przez ponad godzinę, co chwilę robiąc niesamowicie wielkie i głośne „OOOOOO”! Także każda rzecz została powitana okrzykiem zdziwienia i pełni szczęścia na twarzy. Po tym wstępie zakończyłyśmy nasz udział czterogodzinną drzemką! Czyż to samo z siebie nie jest cudowne? Nie dość, że dziecko zadowolone, na pewno nie znudzone i jeszcze tyle czasu dla siebie? Nie było innej opcji, trzeba było to powtórzyć.







 Po wieczornych ploteczkach z sąsiadkami we wtorek już wybrałyśmy się zwartą ekipą mam, inaczej mówiąc zaatakowałyśmy w trzy mamy z trzema roczniakami :) Udało nam się tym razem uczestniczyć w „Rodzinnym baraszkowaniu” prowadzonym przez Panią Magdalenę. Dawno się tak nie ubawiłam z moim dzieckiem. Dawno też nie miałam takiego poczucia, że właśnie dlatego wybrałam swój zawód, żeby mieć z tego też frajdę, co mnie dość mocno podbudowało w trwającym od dłuższego czasu kryzysie tożsamości jakiego doświadczam ;) Udało się nam nawet trochę pobrudzić w kolejnych zajęciach czyli w „Smyka Plastyka”, niestety jednak nie dotrwaliśmy do zajęć z panią logopedą - a szkoda! 


Kolejnego dnia zdążyłyśmy na zajęcia „A cio to”. W tym dniu dzieci poznawały zmysł słuchu, także ku uciesze wszystkich maluchów było bardzo, bardzo głośno i bardzo, bardzo wesoło. 









W czwartek z kolei wybrałyśmy się na dogoterapię. No tutaj, pomimo, że zajęcia były fantastyczne, nie zainteresowały mojego szkraba. Prawdopodobnie nie jest już dla niej sensacją wielki czarny pies (z racji posiadania własnego) za to zabawki piesków okazały się być szczytem marzeń o posiadaniu. Po długiej walce udało mi się odciągnąć niunię od psich zabawek i zainteresować kredą oraz innymi dziecięcymi zabawkami. 



W piątek było już nasze ostatnie spotkanie „A cio to”. Tym razem z piórkami – po tych zajęciach moje dziecko z uporem maniaka znosi mi do domu wszelakie pióra które znajdzie na podwórku. Nie miałam wcześniej świadomości ile otacza nas pierza! To tylko potwierdza moje wcześniejsze przypuszczenia, że malutkiej naprawdę się wszystko strasznie podobało! 






Jednym słowem strasznie szybko uciekł nam ten tydzień! Jestem zachwycona moim odkryciem i zapewne jeszcze nie raz skorzystamy z ofert wszelkich Klubów Malucha z okolicy! Z tego miejsca strasznie chciałam podziękować organizatorom, prowadzącym i wszystkim uczestnikom za to, że nas przyjęliście i pokazaliście nowy, bardzo kolorowy, wesoły i pełen zabawy świat a w szczególności za to, że jesteście i naprawdę widać, że „Wam się jeszcze chce”!:)

Stronę opisanego klubu Mamy i Taty na Kowalach znajdziecie tutaj.

wtorek, 16 lipca 2013

Konkurs u blogowego sąsiada ;)

Testerka.com właśnie ogłosiła konkurs, w którym do zdobycia są kosmetyki dla dzieci
Corine de Farme. Może ktoś ma ochotę wziąć udział? :) Szczegóły tutaj.

wtorek, 9 lipca 2013

Tubanowe szaleństwo!!!


Pierwszy raz tak długo zajęło mi pisanie recenzji produktu, za co na samym początku strasznie chciałam przeprosić!!!

Wraz z niunią zostaliśmy zaproszeni do testowania zestawu do robienia dużych baniek mydlanych polskiej firmy TUBAN wraz z tubanowym, innowacyjnym i opatentowanym płynem do baniek.


 

Na początku pomyślałam- bańki jak bańki, kiedyś się rozwadniało płyn do mycia naczyń lub rozpuszczało się mydło i mieliśmy bańki. Jednak po tym doświadczeniu mój bańkowy świat już nigdy nie będzie taki sam!

Kiedy doszła do nas przesyłka czym prędzej ją rozpakowałam i zabrałam sie za robienie baniek - no bo już kiedyś puszczałam bańki więc uznałam się za eksperta i „żadnych informacji, tudzież instrukcji czytać nie muszę”. Inaczej mówiąc wyszło moje wewnętrzne dziecko z worka - zarozumiałe i przemądrzałe i heja z zestawem. Zrozumiałam swój błąd już w pierwszych minutach, kiedy zamiast chwilkę odczekać (by nadmiar płynu spłynął z poręczy) zamoczyłam go w miseczce z płynem i hop podniosłam do góry. Nie zrażona że ociekam płynem, a w szczególności moja ręka, koszula, spodnie i stopa, z całej siły dmuchnęłam w obręcz. Efekt imponujący! Bańki wielkie jak obiecywał producent! A te kolory! Niestety bańki w pewnym momencie pękają więc do poszkodowanego ciała dołączył stół, komputer i podłoga. Po umyciu całego pokoju i uspokojeniu się po niezłym ubawie usiadłam i zabrałam się za lekturę instrukcji i listu od których powinnam zacząć. Powiem szczerze ze nigdy nie myślałam o wpływie pogody na wielkość i wytrzymałość baniek, to była ciekawa lektura. Oczywiście było tez jak wół by nie robić tego w domu :) Ponieważ był już wieczór, zażenowana swoją głupotą poczekałam do następnego dnia by wraz z niunią popuszczać małe i wielkie, ulotne cudeńka. Kolejnego dnia mądrzejsza o wiedzę z instrukcji zeszłam do ogródka sąsiada by sprawdzić czy te kolorowe cuda mogą być jeszcze piękniejsze. Okazało sie ze mogą! Pomimo słonecznego dnia nad naszym osiedlem zaczęły unosić się piękne i wielkie bienieczki! Niunia strasznie się zachwyciła, goniła je i próbowała je łapać, chyba pierwszy raz widziałam by aż tak dobrze sie bawiła. Kilku sąsiadów wychyliło się z mieszkań by dowiedzieć się skąd mam ten zestaw. Z kolei sąsiad z którego ogródka korzystałyśmy namówił mnie bym zostawiła u niego na trochę zestaw bo będzie u niego w odwiedzinach pewna czterolatka z rodzicami i chciałby jej pokazać te cuda. To był mój kolejny błąd jeśli chodzi i tubanowy skarb.. Dziecku tak sie spodobały bańki, że dopiero brak płynu zakończył zabawę. Oczywiście nikt w tym czasie nie zrobił ani jednego zdjęcia! Za to dowiedziałam się, że owa czterolatka bardzo błagała by dalej puszczać jej cudeńka. Rodzice w akcie desperacji rozpuścili pierw mydło, potem płyn do zmywania następnie płyn do baniek firmy „no name” z najbliższego marketu ale nic nie było w stanie odtworzyć choćby w niewielkiej części to co potrafił płyn TUBAN! Osobiście sprawdziłam te rewelacje i potwierdzam – bańki z innych zamienników ewentualnie wychodzą tylko z najmniejszej obręczy (na większych pękają zanim się ją podniesie) a same bańki są takie jakieś szare, bez życia i wydają się okropnie ciężkie. To był również szok – znaczy, że właściciel firmy TUBAN nie kłamie i faktycznie wymyślił płyn, którego ciężko zastąpić czymkolwiek innym.

Ponieważ recenzja bez zdjęć jest wg mnie mało wiarygodna a sąsiad miał spore wyrzuty sumienia znaleźliśmy na serwisie aukcyjnym płyn TUBAN i go zamówiliśmy. Kiedy przyszedł panowały upały a ja chciałam już teraz zrobić wszystko tak jak powinnam od początku. Czekaliśmy więc na deszczową pogodę. W końcu, po 2 i pół tygodnia nadszedł deszcz. Niestety były to potężne burze często z gradem trwające do nocy… Ale w końcu się udało! Mogłam zrobić zdjęcia i napisać recenzje! :) Tubanowe szaleństwo u nas wciąż trwa a dostęp do płynu i innych zestawów jest naprawdę łatwy więc serdecznie wszystkim polecam by mogli wrócić w świat dzieciństwa w stopniu lepszym i wspaniałym niż mielibyście to robić słabszymi zamiennikami!








Teraz chwilę o minusach: materiał z jakiego są zrobione poręcze niestety zbierają dużą ilość płynu z podstawki po czym większość spływa nam po ręku co powoduje nie tylko to że jest się cały mokry ale tez sprawia że płyn staje się mało wydajny. Jednakże po pewnym treningu można nad tym problemem w miarę zapanować ;)

Co do plusów... Trzeba to zobaczyć samemu! Tego widoku i wrażenia nie da sie tak po prostu opisać!!


Ps. zdjęcia prezentują bańki z małej i średniej obręczy, niestety córce za bardzo się podobała duża obręcz i nie chciała mi jej oddać :/

niedziela, 30 czerwca 2013

Spotkanie "Mama NIGDY nie jest sama" - recenzja na gorąco! :)

Dziś (niestety w pojedynkę) wybrałam się na nowy warsztat dla rodziców dzieci od 0 do 1 roku ;) Recenzja była pisana na bieżąco, także wrażenia i odczucia były spisywane na gorąco.

Powiew świeżości czyli nowe warsztaty w Gdańsku dla rodziców. Po „Bezpiecznym maluchu”, „Świadomej mamie - intymnie” oraz „Lady Mamie” przyszedł czas na projekt „Mama nigdy nie jest sama”. Jest to projekt, który we współpracy z Gdańskim Archipelagiem Kultury oraz klubami rodzica próbuje wyjść na przeciw trendowi do organizowania spotkań i warsztatów dla kobiet w ciąży oraz dla młodych rodziców. Próbuje i to z bardzo pozytywnym skutkiem! Inaczej niż zazwyczaj – ŚWIETNE MIEJSCE, gdzie wydzielone są strefy dla wózków oraz ogromny (jak na tego typu spotkania) plac zabaw dla malucha (który mnie zachwycił i uwiódł już na wejściu!). Wielkie piłki, baseny z piłkami, miejsce dla małych rysowników, kojce, konik na biegunach i wszystko o czym nasze dziecko może sobie zamarzyć w jednym miejscu!!


O czym była mowa?
Na dzień dobry brafitting czyli jak dobrać stanik. Na potrzeby tego występu stworzono dwie przebieralniami gdzie w trakcie zajęć oraz na przerwie można było dopasować sobie odpowiedni stanik.

Następnie pani psycholog opowiadała „co sie zmienia po narodzinach dziecka”. Tu pozwolę sobie porównać ten „warsztat” do spotkania z psychologiem - seksuologiem na warsztatach „Świadoma mama” pod tym samym tytułem. Pani seksuolog skupiła się na temacie nie bojąc sie poruszać trudnych kwestii partnerskich, również miała 20 minut jednak potrafiła wykorzystać ten czas na maxa - zarówno wyczerpując temat jak i pozostawiając niedosyt, przez co po warsztatach miałam wielka ochotę się z nią skontaktować i pozostać jej klientka. Tutaj był pewnego rodzaju monolog traktujący po macoszemu pewne kwestie ważne dla mnie jako młodej mamy. Dopiero pod koniec występu Pani zaskoczyła mnie podjęciem bardzo ważnego i trudnego tematu, który w państwie świętych „matek polek” jest swoistym tabu: że matki często zostają same z płaczącym dzieckiem, gdzie nie potrafią (lub nie są w stanie) mu pomóc przez co ulegają frustracji. Stwierdziła, że ważne jest by partner po powrocie wysłuchał ze zrozumieniem (owej sfrustrowanej matki) i pamiętał, że nie ma do czynienia ze złą matką, bo właśnie wypłakuje się mu na rękaw że ma dość swojego dziecka... No jest to temat który powinien być podejmowany zdecydowanie częściej, by uświadomić młode mamy, że nie są same ze swoimi (również) negatywnymi emocjami, że jest to naturalne więc nie powinnyśmy popadać w frustracje i wyrzucać sobie że jesteśmy złymi mamami. Nie, nie jesteśmy, po prostu mieliśmy słabszy czas ale będzie lepiej a te emocje pojawiają się u większości kobiet, więc wszystko z nami jest ok.

Kolejny wykład (i tu wielkie BRAWO dla organizatorów za pomysł, bo Tego jeszcze nigdzie nie było!) czyli spotkanie z prawnikiem, który wyjaśnił kwestie związane z urlopem macierzyńskim i wychowawczym. No genialne!! Ktoś kto nie miał wcześniej dzieci i nie miał do czynienia z papierologią z tym związaną lub boi się swojego pracodawcy - to był to wykład właśnie dla niego (i dla każdego innego też :).

Oczywiście nie mogło tez zabraknąć żywej reklamy - czyli dlaczego nasze dzieci potrzebują witamin i czemu akurat tej firmy. Ponieważ był to jedyny tego typu występ (a nie podstawa egzystencji tego typu spotkań) można tu również wyrazić swoje uznanie dla organizatorów.

Nie słuchając jednak tego wykładu obeszłam „Stacje Orunia”. Muszę przyznać że organizatorzy w pełni wykorzystali potencjał tego miejsca. Czekając na przerwę przycupnęłam w wózkarni (znajdującej się na sali wykładowej, także można było siedzieć obok swojego śpiącego dziecka nie tracąc przy tym wykładu). Tu nasunęła mi się myśl, więc muszę zapytać zarówno Was jak i sama siebie - czy myślicie, że to dobre jest by ciągle bujać wózek pomimo że dziecko już w nim śpi? Rozglądam się i widzę, że większość rodziców właśnie to robi: buja, trzęsie, huśta śpiące dziecko w wózku. Przypomniał mi się od razu pan, którego ostatnio spotkałam w sklepie a który z uporem maniak bujał wózek... sklepowy... Najwyraźniej nie da się czasem pozbyć nabytych nawyków :)

Wracając do tematu - po przerwie był wykład o diecie dla mam karmiących (czyli temat wybrany przez internautów). I dalej logopeda opowiadał jak karmić by nie zaszkodzić aparatowi mowy. Tu była Pani z „logop” do której mam zaufanie i wiem, że dobrze radzi. Wykład jak zwykle rzeczowy, konkretny i bardzo przydatny! Także bardzo się cieszę że znów miałam okazje posłuchać sensownego i zdrowo rozsądkowego głosu logopedy! :)

Kolejny wykład to para dekoratorów wnętrz. Ponieważ nawet nie mam co marzyc o zmianie wnętrza a co dopiero o jego dekorowaniu, zrezygnowałam z tego występu na rzecz odwiedzin w przymierzalni. Tam dowiedziałam się że oczywiście popełniłam wszystkie możliwe błędy przy doborze mojego stanika. Pani mnie zmierzyła, sprawdziła i dopasowała odpowiedni biustonosz. Ulga dla kręgosłupa i szok jak duży posiadam biust to chyba najlepszy opis jak się poczułam po ubraniu zaproponowanego stanika! Same przymierzalnie dość przestronne z ogromnym lustrem, gdzie od razu mogłam zobaczyć różnice :)

Po powrocie na sale trafiłam na opowieści o dobroci płynącej z noszenia dziecka chuście. Nie żebym myślała inaczej ale chusta jest już wszędzie, na każdym spotkaniu się ją biedną męczy! Dochodzę powoli do etapu, że boję się otworzyć przysłowiową lodówkę... Ale co już może męczyć mnie dla innych może być bardzo ciekawe, także się nie czepiam! :)

No i na koniec panel dyskusyjny ze specjalistami którzy wcześniej mieli swoje 20 minut. Cisza... Cisza... Każdy czeka już na losowaniem nagród, dzieci zmęczone, rodzice głodują (albo na odwrót)... A jednak 5 pytanek jest! :) I na koniec rozdanie prezentów i już powoli do domku :)

Za co duży plus?
Za świetne miejsce, za pomyślenie o maluchach (super plac zabaw) i ich bolidach na 4 kółkach (miejsce na wózki) oraz o ich brzuszkach i pieluszkach (osobne, intymne miejsce do karmienia „słoiczkowego” czy przewinięcia).

Za super gości – specjalistów, a w szczególności za Panią prawnik i Panią logopedę!

Za miejsce na przebieralnie gdzie w sposób intymny można było dopasować biustonosz.

Za ciasteczka i miłe, spontaniczne prowadzenie całej akcji.

Za super nagrody i gadżety (które starczyły dla każdego uczestnika!)

Za miłą atmosferę.

A głównie za to, ze było to jedno z najlepszych spotkań w którym ostatnio brałam udział (porównywalne ze Świadomą Mamą – właśnie z nią! Wyrobiła się od zeszłego roku tak, że uważam je za najlepszy warsztat tego roku!)

Jakiś minus?
Braki organizacyjne (prezentacje były wgrywane na „bieżąco” a mogły już być w komputerze).

Wrażenie, że jest więcej organizatorów biegających po sali niż rodziców ;).


GENERALNIE POLECAM!!!!

sobota, 8 czerwca 2013

Dziecko w wózku = potencjalne źródło jedzenia.

Zakończyło się testowanie łóżeczka i czas powrócić do rzeczywistości. 
Rozpakowałam dziś kolejny karton z ubrankami dla malej - nr 86. Nie miałam świadomości, że mam tyle super, letnich ciuszków dla niuni :) Tym razem jest tego tyle, że prawdopodobnie będzie trzeba kogoś spakować, by nowe zdobycze pomieściły się w naszej sporej szafie. Nie wiem jakim cudem ale chyba padnie na kochańszego... Duży jest, poradzi sobie :) 
Co do reszty - od kilku dni obserwuję mojego psa (swoją drogą wczoraj spotkałam 4letniego synka sąsiadów, który z radością stwierdził "Tato! Tato! Konik!"). Moja suczka zrobiła się strasznym wielbicielem małych dzieci, cieszy się na nie jak szczeniak - macha ogonem, podskakuje, stepuje... Cuda wianki. A jak maluch na którego się cieszy jest akurat w wózku - siła radości wzrasta do + 100. Dziś mnie olśniło co się wydarzyło. Mój pies jak nic stwierdził, że dziecko w wózku = potencjalne źródło jedzenia! To chrupek, to biszkopcik, to bułeczka... Co te maluchy trzymają w garstkach by móc spokojnie obwozić je po dzielni.. Nigdy bym nie zwróciła na to uwagi, gdyby nie mój kochany "szczeniaczek"!
A tak w ogóle to chciałam w sumie napisać, że aktualnie mamy nowe testowanie :) Tym razem jest to coś, czego nikt by się nie spodziewał. Małe, średnie, duże i ulotne. Co to jest? Już niedługo się dowiecie!

niedziela, 2 czerwca 2013

Dni kolejne – podsumowanie.


Jestem strasznie zadowolona z możliwości przetestowania tego łóżeczka. Codziennie odkrywam nowe plusy i chęć zachwalania rozpiera mnie od środka.


Szybciutko przypomnę dobre strony Petronelli:
- brak szczebelek!
- łatwość utrzymania w czystości zarówno łóżeczka jak i jego okolicy
- kółka, które ratują życie J
- podwieszana, lekko kołysząca się podłoga dla noworodka
- wystarczająco duży i bardzo praktyczny przewijak
- porządna, duża i głęboka kieszeń
- moskitiera
- pomimo, że jest mniejsze od standardowych łóżeczek drewnianych wielkość dna niczym się nie różni (pasuje standardowy materacyk).
- miłe kolorki z przesympatycznymi zwierzakami (strona wizualna też jest ważna J)
- waga i wielkość po spakowaniu, można naprawdę złożyć wszystko z bardzo krótkim czasie i jechać w świat!

Z minusów ewentualnie można wymienić:
- mały problem przy stabilizacji krótszego boku łóżeczka, trzeba trochę się pomęczyć i pogłówkować a na pewno warto zachować spokój ;) Jednakże jak się już załapie o co chodzi to problem znika.
- bardzo mocno naciągnięty materiał na szczytach łóżeczka (przy kieszeni oraz przy zamku), odnoszę wrażenie, że jeśli coś się popsuje to właśnie poprzez rozerwanie materiału
- kilka (nie mających wpływu na całokształt użytkowania) „niedoróbek” czyli mało estetyczne nacięcia tasiemki przy zamku oraz nitki i niteczki, które trzeba samemu delikatnie pousuwać
- gdyby kieszeń miała dodatkowo podziałki (na chusteczki/pieluszki/kosmetyki) było by idealnie!
 - nie za bardzo może być Ryszardem ;)

Ze swojej strony bardzo, ale to bardzo dziękuję za możliwość przetestowania tak niesamowitego łóżeczka! Jest to chyba moja pierwsza opinia, która od A do Z aż kipi pozytywną energią ;) Gratulacje dla producenta!